„Zielona mila” to mój ulubiony film

Każdy z nas choć raz to słyszał, jestem o tym przekonana. To ulubione zdanie ludzi pseudo zainteresowanych kinem. Powinni założyć sobie jakiś klub czy stowarzyszenie, a to zdanie traktować jak główny slogan, hasło reklamowe i logo w jednym. Serio. Ewentualnie można zamienić Zieloną milę (The Green Mile, reż. Frank Darabont, 1999) na Skazani na Shawshank (The Shawshank Redemption, reż. Frank Darabont, 1994). To drugi ulubiony film pseudo krytyków. No bo wiadomo, skoro znajdują się w czołówce top filmów na filmwebie, to na pewno są dobre, no i do tego wzruszające. A jak płaczemy na filmie, to wiadomo, że wybitny.

I żeby nie było, ja nic do tych filmów nie mam. Wręcz przeciwnie, to jest bardzo dobre kino, i fajnie że tak dużo ludzi je widziało, bo przecież warto. Bawi mnie tylko, i jednocześnie trochę przeraża fakt, że jest ogromna grupa ludzi, którzy obejrzeli je, totalnie bezrefleksyjnie, zobaczyli, że ilość Oscarów się zgadza, no więc wiadomo, że muszą im się podobać. A tak poza tym, to najbardziej lubią oglądać Dlaczego ja (Polsat, 2010-). Ale przecież są wielkimi znawcami kina, skoro widzieli największe klasyki!

Tylko ważne jest, żeby nie popadać w skrajności w drugą stronę.

A mam wrażenie, że to częsta przypadłość wśród bardziej zainteresowanych kinem. Takie stereotypowe traktowanie filmów (i ludzi!) z góry. „Kolejna hollywoodzka komedia romantyczna? Błagam, to poniżej mojego poziomu. Filmy z superbohaterami? Wybuchy, walki i pościgi, nic więcej”. Chyba nie tak to powinno wyglądać, zwłaszcza u krytyków, którzy są poniekąd od tego, by ludziom mniej zorientowanym wskazywać coś wartego obejrzenia.

A takie patrzenie przez pryzmat gatunku kompletnie nie ma sensu, bo te filmy z założenia mają takie być. I to żaden wstyd przyznać, że czasem każdy ma ochotę pośmiać się z głupiej komedyjki, albo popłakać na romansie, chociaż od samego początku wiadomo jak się skończy. Filmy należy rozpatrywać w obrębie gatunku, jak realizują jego cechy, czy może podejmują jakąś grę z konwencją - słowem czy komedia faktycznie nas śmieszy, a nie żenuje, a romans wzrusza, a nie nudzi. 

Takie refleksje naszły mnie kiedyś w pracy. Za dnia jestem studentką filmoznawstwa, a w nocy barmanką. No i wiadomo, do baru przychodzą bardzo różni ludzie, a ja lubię sobie z nimi czasem pogadać. I najczęściej gdy słyszą, co studiuje, próbują się popisać swoim gustem filmowym i czego to oni nie oglądali. „Zielona mila to mój ulubiony film, no wybitne dzieło! Widziała może Pani?” No widziałam, nie jeden raz nawet. I po jakimś czasie zaczęłam traktować wszystkich z góry, jako studentka filmoznawstwa widziałam takie filmy, o jakich inny nawet nie słyszeli, prawda? Sama nazywam coś takiego snobizmem filmowym i choć wcześniej niesamowicie mnie irytowało, robiłam to samo. I pewnego razu mocno się zaskoczyłam.

A było tak.

Wtorkowa noc, już trochę po północy. Na ulicach pusto, siedziałam i nudziłam się za barem, jak to zwykle w tygodniu. Nagle wchodzi dwóch facetów, na oko po trzydziestce, typowe dresy z blokowiska.  Próbują zagadywać w czasie, gdy przygotowuje ich zamówienie. A że byli całkiem sympatyczni, dałam wciągnąć się w rozmowę. I klasycznie zaczął się temat moich studiów i filmów. Gdy spytali o ulubione filmy czy twórców, w głowie od razu odpalił się mój filmowy snobizm. Zaśmiałam się i zaczęłam mówić, że Haneke, że Lanthimos, że włoski neorealizm. No bo wiecie, ludzie zazwyczaj kompletnie nic z tego nie kojarzą, i ja już czekałam na ich zszokowane miny i powrót do Zielonej mili. Tylko, że zszokowaną minę to mogłam zobaczyć jedynie u siebie, bo jeden z nich od razu podłapał temat i leci po kolei - Miłość (Amour, reż. Michael Haneke, 2012), Funny Games (Funny Games, reż. Michael Haneke, 1997), Biała wstążka (Das Weisse Band - Eine deutsche Kindergeschichte, reż. Michael Haneke, 2009), co ci się podobało najbardziej?

Nie zdążyłam jeszcze zebrać szczęki z podłogi, ale koleś leci dalej, a do mnie dociera tylko nazwisko „Bergman”. I opowiada dalej, że Persona (Persona, reż. Ingmar Bergman, 1966) to jego ulubiony film wszechczasów. Wyobrażacie sobie ten absurd sytuacji? Środek nocy, bar, a jakiś łysy dresik stojący z szotem czystej w ręku opowiada o wybitności Bergmana. W tamtej chwili obiecałam sobie, że już nigdy nie będę tak z góry traktować ludzi. 

Oczywiście, obiecywanie to jedno, ale z wprowadzeniem obietnic w życie bywa różnie. U mnie było właśnie różnie. Pewnego wieczoru, gdy akurat miałam wolne, uznałam, że skoro i tak się nudzę, to zainstaluje sobie w telefonie Tindera. Teoretycznie aplikacja randkowa, dla mnie sposób na nudę i duże pole do obserwacji socjologicznych. Jedna z pierwszych par - chłopak, dwa lata starszy, student. Rozmowę zaczyna od wysłania mema, szybko pojawia się temat studiów. Po chwili od moich studiów przeszliśmy do filmów. Pyta się mnie, czy czasem coś z kina azjatyckiego oglądam. W głowie od razu zapala mi się lampka podpisana „filmowy snobizm”, tylko czekam o jakie anime będzie mnie zaraz pytał. Ale że zapytał pierwszy, no to odpowiadam, że ostatnio oglądałam trochę filmów z lat 50. i że Mizoguchi mnie zachwycił. 

Pewnie się domyślacie, jaki był finał tej historii. Przez następne trzy dni prowadziliśmy burzliwą dyskusję na temat klasycznego kina japońskiego. A ja ponownie obiecałam sobie, że muszę raz na zawsze wyłączyć ten snobizm. I pewnie zrobię to jeszcze nieraz. Tymczasem muszę przygotować kolejne argumenty do dyskusji o istnieniu neorealizmu w kinie japońskim, żeby nie narobić sobie jeszcze większego wstydu. Chociaż i tak podejrzewam, że wiedza mojego rozmówcy to w dużej mierze zasługa wujka Google, a on sam jest fanem Zielonej mili.

 

Filmografia
Zielona mila (The Green Mile, reż. Frank Darabont, 1999)
Skazani na Shawshank (The Shawshank Redemption, reż. Frank Darabont, 1994)
Dlaczego ja? (Polsat, 2010-)
Miłość (Amour, reż. Michael Haneke, 2012)
Funny Games (Funny Games, reż. Michael Haneke, 1997)
Biała wstążka (Das Weisse Band - Eine deutsche Kindergeschichte, reż. Michael Haneke, 2009)
Persona (Persona, reż. Ingmar Bergman, 1966)