Tropy Andersona

Jest tylko jeden reżyser w całym panteonie twórców, którego filmy obejrzałam wszystkie. Zazwyczaj mam bardzo ambitne plany, żeby obejrzeć całą filmografię jakiegoś autora, ale po pewnym czasie nudzi mi się to, bo lubię patrzeć na różne style i chociaż mam swoje ulubione gatunki, to pływam między nimi. Raz skupiam się na jednym nurcie, raz na innym. Pojawia się w tym również element przypadku, bo pośród szaleństwa, z jakim oglądam hurtowo filmy Erica Rohmera, nagle pojawia się dziwny przebłysk i włączam „Futuramę”.

Mimo tego, że tak łatwo wybijam się z rytmu jednego reżysera, to jest twórca, od którego nie mogłam się oderwać. Trafił w mój gust idealnie, choć wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że w ogóle lubię taki rodzaj kina. Moim jedynym jest Wes Anderson.

Pociąg do Darjeeling (2007)

Symetria dziwactw

O jego kinie pisze się zazwyczaj ze szczególna uwagą dla dwóch kwestii – pierwszą jest niepowtarzalny humor, który miejscami jest niezrozumiały, ale wciąż zabawny, a drugą i wydaje mi się, że o wiele bardziej powszechną, jest nienaturalna wręcz symetria. Oh, jak dobrze ogląda się coś co jest równe! U Andersona w całej tej symetrii największe piękno zawsze dostrzegałam w tym, jaki kontrast ona buduje. Z jednej strony zatem pokazany nam, widzom, zostaje piękny świat, w który wkradają się ci okropni bohaterowie, którzy burzą cały spokój. Przede wszystkim między czystymi kadrami pojawiają się dziwactwa postaci, takie jak przyjaźń Richiego z ptakiem Mordecaiem w „Genialnym klanie”, ale również fizyczne ubytki jak poturbowany Francis w „Pociągu do Darjeeling”. Taka mieszanka niedoskonałości na poziomie bohaterów i doskonałości formalnej tworzy z każdego filmu Andersona osobny pokój dziwactw.

Genialny klan (2001)

Kolory smutku

Wyrazisty styl tego reżysera nie tylko wyziera z równych, regularnych przestrzeni, ale też z kolorów. Chociaż we wspomnianym już „Genialnym klanie” kolory są, ale nie rażą w oczy, to im dalej w filmy Andersona tym bardziej kolorowo, ale też bardziej smutno. Ostatnim filmem aktorskim, jaki pojawił się na jego koncie jest obsypany nagrodami „Grand Budapest Hotel” i tam właśnie te jaskrawe barwy są jednym z głównych bohaterów. Aż ciarki przechodzą na myśl, że ten zabawny, ale też ciut wulgarny konsjerż był kiedyś przerażającym Voldemortem, którego bały się wszystkie dzieci.

Anderson wciska go jednak w róże, błękity, fiolety i żółcie, aż staje się on człowiekiem, z którego często się śmiejemy, ale któremu jednocześnie trochę współczujemy, bo brak mu bliskich. Szuka sobie odpowiedników członków rodziny i dzięki temu umierająca już Madame D. sprawia mu pozory matki oraz – cóż za połączenie! – kochanki, jednak tylko w relacji platonicznej, natomiast Zero zastępuje mu syna, dla którego może być przewodnikiem i nauczycielem. Kolory to dla mnie kwestia bardzo ciekawa. Zawsze łapię się na tym, że staram się wychwycić w filmie jak najwięcej znaczeń właśnie za pomocą kolorów, które otaczają bohaterów. Niesamowicie przyjemnie ogląda mi się zatem filmy Wesa Andersona, bo nie dość, że mogę doszukiwać się ukrytych metafor, to jeszcze jest to przyjemne dla oka.

Grand Budapest Hotel (2014)

Z rodziną najlepiej w pastelach

Trochę zapowiedziałam to w poprzednim akapicie, ale kolejnym tropem, który uwielbiam u Andersona jest rodzina. A jest to temat, który można u niego znaleźć w każdym filmie. Zazwyczaj dysfunkcyjna, z wieloma problemami, z którymi nie umie, bądź nie chce sobie poradzić. Anderson zauważa, jak trudne są relacje w rodzinie i stara się opakować je w zabawny papierek. Jednak papierki, w których znajduje się komedia, są zazwyczaj ostre i łatwo się nimi zaciąć. Ostatecznie na koniec każdego z filmów ciężko jest nie uronić choć łezki. Co prawda w niektórych płaczemy ze wzruszenia, a w innych ze smutku.

Napisałam, że w każdym filmie reżysera śledzimy losy rodzin. Można się z tym spierać, owszem, bo rodzina, jako taka, pojawia się w zasadzie jedynie w „Genialnym klanie”, „Pociągu do Darjeeling” i „Fantastycznym Panu Lisie”, ale warto wejść głębiej, bo nawet nie-rodziny sprawiają wrażenie bardzo silnie ze sobą związanych ludzi. Chociażby ekipa Steve’a Zissou, choć różna i często niezgodna, ostatecznie zdaje się być substytutem bliskich na czas wyprawy. Również w „Rushmore” Max traktuje środowisko szkolne jak swój dom. Sam i Suzy z „Kochanków z Księżyca” tworzą sobie sami swoją małą rodzinę, nawet jeśli przypomina to bardziej zabawę w dorosłych.

Można mieć nawet wrażenie, że Wes Anderson tworzy rodziny nie tylko w scenariuszach, ale również na planie. Kiedy przejrzymy jego filmografię, okazuje się, że przez jego filmy przewijają się wciąż ci sami aktorzy. Dzięki temu mam wrażenie, że ciągle oglądam losy tych samych ludzi, ale w światach równoległych i z powtarzającym się pytaniem: jak wyglądałoby ich życie, gdyby…?