Rozbudzone nadzieje, Złotej Maliny brak – „365 dni” Bianki Lipińskiej według Barbary Białowąs

Ostatnie tygodnie obfitowały w nieoczywiste sukcesy polskiego filmu. Zaraz po tym jak „Smoleńsk” Antoniego Krauze oficjalnie stał się najgorzej ocenianym filmem w serwisie Imdb, do kraju nad Wisłą dotarła informacja, że „365 dni” ma szansę na Złotą Malinę, i to nie jedną. Produkcja Blanki Lipińskiej nie była może malinowym ,,Titanicem”, ale i tak otrzymała aż 6 nominacji w najważniejszych kategoriach: najgorszy film, aktor, aktorka, scenariusz, reżyser i najgorszy remake, sequel lub "zrzynka". 

Rozbudzone nadzieje, podgrzewane jednoznacznymi przewidywaniami bukmacherów, zostały brutalnie ostudzone na samej gali.

Lipińska musiała obejść się smakiem, główna nagroda powędrowała do ,,Absolute Proof”, Sieklucka przegrała z Kate Hudson, Michele Morrone z producentem poduszek Mikem Lindellem, reżyserski duet Białowąs-Mandes z piosenkarką Sią, a najgorszą „zrzynką roku” okazał się „Doktor Dollittle”. Na otarcie łez, w polskie ręce powędrowała jedna Malina, Tomasz Klimala został nagrodzony za najgorszy scenariusz. Stał się tym samym pierwszym reprezentantem naszego kraju, został w ten sposób uhonorowany. 

Gdyby Klimala dostał tę nagrodę 40 lat temu, wątpliwe by wzbudziła ona w Polsce taką sensację. Pierwsza gala miała kameralny charakter, jej pomysłodawca, John Wilson, zaaranżował ją w swoim salonie. Na przyjęciu, na które zaprosił garstkę przyjaciół, przy kartonowym pudle, które imitować miało mównicę, ze szczotką w ręku zamiast mikrofonu, wyczytywał laureatów kolejnych kategorii. W pierwszej ceremonii uczestniczyło 12 osób, w kolejnej dwa razy tyle, w trzeciej już około 50, czwartą zainteresował się CCN, telewizja zapewniła zabawie ogólnokrajowy rozgłos. 

Nagroda, której nazwa wzięła się od slangowego sformułowania określającego gazy jelitowe (albo jak kto woli puszczanie bąków), której wartość nie przekracza 5 dolarów, stała się z czasem rozpoznawalna niemal tak jak parodiowany pierwowzór. Dzisiaj akademię przyznającą laury tworzy ponad 1000 osób z całego świata, liczba cały czas się powiększa, do jury może dołączyć każdy, kto zdecyduje się opłacić składkę, która kosztuje od 40 do 100 dolarów. 

Złote Maliny nigdy nie były przyznawane najgorszym filmom ani najgorszym aktorom.

Wystarczy przeanalizować wyniki tej pierwszej, domowej ceremonii. Nagrodę za najgorszą drugoplanową rolę męską otrzymał wtedy Laurence Olivier, pokonując Marlona Brando. Nominację dla najgorszego reżysera otrzymał Stanley Kubrick za Lśnienie, a obok niego na liście figurują Brian De Palma i William Friedkin. Tę niezwykłą, globalną popularność Złotych Malin, zapewnia kontrowersja, a kontrowersję zapewniają nominację dla popularnych ludzi filmu. Możliwe, że nawet najgorsza rola Laurence Oliviera będzie lepsza, od roli anonimowego aktora z filmu nakręconego za przyczepą w Kentucky, ale nie o rzetelną ocenę w tej zabawie chodzi. Nominowani i nagradzani są najgorsi z najbardziej popularnych. 

Fundatorzy nagrody nie ukrywali też nigdy swojego zaangażowania politycznego, nie ukrywali też, po jakiej stronie się opowiadają. Donald Trump, mimo że jego aktorskie CV nie należy do najbogatszych, jest już laureatem trzech Złotych Malin, a jego żona, była pierwsza dama, też dyshonorowana została nominacją. W 2017 za najgorszy film uznano "Hillary's America: The Secret History of the Democratic Party", dokument, który atakuje Clinton I Partię Demokratyczną. W końcu nawet w tym roku laureatem głównej nagrody został „Absolute Proof”, czyli nakręcony przez zwolennika Trumpa Michaela J. Lindella demaskatorski film, który, według twórców, ukazuje niezbite dowody na oszustwo wyborcze w czasie ostatniej elekcji. 

Skąd w tym towarzystwie wzięła się Blanka Lipińska i jej kram?

Wszystko znów należy zrzucić na tego Azjatę, który zjadł tego nietoperza. Zamknięte kina i ograniczona produkcja filmowa, zmusiły fundatorów Złotych Malin do zmiany zasad. Do stawki nominowanych obrazów zostały dopuszczone też te, które swoje premiery miały na serwisach streamingowych. Wszystkie nominacje dla „365 dni” to z jednej strony zasłużona szydera, z drugiej jednak probierz niezwykłej popularności, jaką film zdobył za granicą. Okazuje się, że Netflix może zapewnić polskiej produkcji dystrybucję, jakiej nigdy nie zapewniłby sieci kin.  

Żeby uzmysłowić sobie, jak surrealistycznie brzmi taka nagroda dla taniego polskiego filmu, wystarczy wymienić kilku poprzednich lauratów nagrody, która w tym roku przypadła Tomaszowi Klimali. Byli to scenarzyści filmów: „Cats, Nowe oblicze Greya, Emotki.Film, Batman vs Superman, Piędziesiąt Twarzy Greya. Wszystkie te „dzieła” zapisały się w popkulturowej historii kina, o ich istnieniu tych wie kinoman pod każdą szerokością geograficzną. Produkcja i kampanie reklamowe tych filmów pochłonęły setki milionów dolarów. Dla polskiego filmu był to do tej pory nieosiągalny pułap.  

Film oczywiście nie jest, delikatnie mówiąc, arcydziełem kinematografii. Ale nikt nie miał takich aspiracji i nie udawał, że próbuje zrobić Bergmana skrzyżowanego z Resnais - tak o ambicjach produkcji wypowiadał się nagrodzony. I należy przyznać mu rację. Złota Malina nie powinna być policzkiem dla autora scenariusza, któreg scenariusz nigdy nie miał być głównym atutem filmu, spoliczkowany może czuć się Tom Hooper, który do momentu nominacji za ,,Cats”, był ulubieńcem Amerykańskiej Akademii Filmowej, a musical o kotach miał mu przynieść kolejną nominację. 

Złote Maliny nie są może powodem do dumy, ale nie kończą karier. Wręcz przeciwnie, dla nieznanego twórcy nagroda może być reklamą. Tomasz Klimala może z dumą powiedzieć, że słabe scenariusze w Polsce pisze wiele osób, ale tylko on dostał za to hollywoodzką nagrodę.