To słowa Arka do Roberta zaczerpnięte prosto z filmu „Hiacynt” Piotra Domalewskiego. Filmu, którego akcja rozgrywa się w drugiej połowie lat 80. XX wieku, kiedy to Milicja Obywatelska przeprowadzała na szeroką skalę akcję zbierania materiałów oraz rejestracji osób homoseksualnych i ich kontaktów środowiskowych. Od tego czasu minęło już trzydzieści sześć lat i wiele, przynajmniej teoretycznie, się zmieniło. Niby nikt nie kontroluje gejów, coraz mniej dziwi wychowywanie dziecka przez dwie kobiety, ale najlepiej by było, gdyby zakazano marszy równości. I Polacy nie tyle nie lubią, jak inni Polacy są szczęśliwi, co – w gruncie rzeczy – sami w większości nie czują się szczęśliwi. I choć mam świadomość, że to myślenie stereotypowe, to w każdym stereotypie znajdzie się trochę prawdy.

„Hiacyntem” Domalewski po raz kolejny krytykuje polskie społeczeństwo. Tym razem jednak sięga w wór historii, wyciągając z niego jedną z najbardziej obrzydliwych akcji władz Polski Ludowej.

15 listopada 1985 roku, zgodnie z rozkazem ówczesnego Ministra Spraw Wewnętrznych gen. Czesława Kiszczaka w miejscach pracy, szkołach i uczelniach pojawili się funkcjonariusze MO w celu zatrzymania lub aresztowania osób podejrzanych o homoseksualizm lub kontakty ze środowiskiem homoseksualnym. Cel? Rejestracja i założenie tak zwanej „różowej teczki”. Brzmi znajomo – różowy nie po raz pierwszy staje się kolorem, którym naznaczani są podejrzani o zbrodnie homoseksualizmu. Skutek? Widzimy go do dzisiaj. Akcja „Hiacynt” skutecznie zmusiła osoby nieheteronormatywne do ukrywania swojej orientacji, a w społeczeństwie zasiała ziarno, z którego ciągle wyrasta wyssana z palca niechęć do akronimu LGBT (pewnie bardziej w stosunku do tej ideologii (sic!) niż w stosunku do ludzi w skrótowcu ukrytych – charakter jednak pozostaje ten sam). Problem tym wszystkim jest taki, że gdy człowiek jest zadowolony ze swojej szczęśliwości, to w sumie ma w dupie życie innego człowieka.

Zwróćmy uwagę chociażby na postać pułkownika Edwarda Mrozowskiego, ojca głównego bohatera filmu – Roberta. Apodyktyczny, traktujący swojego syna w sposób niezmienny, niezależnie od tego czy prowadzą rozmowy (choć to i tak to zbyt wielkie słowo) prywatne, czy związane z pracą w milicji – Mrozowski jest dowódcą zawsze. Usilnie kontroluje wszystko, co dzieje się wokół niego, boi się sytuacji niespodziewanych. W momencie, gdy podejrzewa swojego syna o utrzymywanie kontaktów z osobami homoseksualnymi, nie zawaha się zajrzeć w jego prywatne rzeczy. Życie w tak zintensyfikowanym napięciu zdecydowanie nie przybliża go do wewnętrznego szczęścia

Dziwi mnie jednak jedno – w którym momencie sprawy poszły w tę dziwną stronę, że po latach walki z wszechobecną kontrolą, niektórzy Polacy sami kontrolę uskuteczniają.

Film Domalewskiego daje nam sygnał ostrzegawczy, ale nie mówi „stop”. Łatwo doszukać się w nim połączeń pomiędzy PRL-owską Akcją „Hiacynt” a teraźniejszością, ale obawiam się, że to nie na teraźniejszość reżyser kładzie nacisk. Niby teraz woła się na ulicy per „pedale”, ale hej! – popatrz na Polskę komunistyczną, wtedy osoby homoseksualne miały piekło!

„Hiacynt” buduje jednak dość intensywnie „paradygmat” geja jako, po prostu, człowieka, w którym rozlewa się ogromna gama emocji i uczuć. I to człowieka nieróżniącego się od innych do tego stopnia, że w sumie to nie jesteś w stanie rozpoznać jego orientacji, gdy znajduje się obok ciebie. Zaskakujące, nie? A nawet jeśli ją rozpoznasz, to na ile zmienia to twój własny, wirujący wkoło ciebie wszechświat? Najważniejsze to zamiast zabierać szczęście z czyjegoś mikrowszechświata, to lepiej jest szukać swojego we własnym.

Domalewski potrafi w krytykę społeczeństwa i co istotne – nie robi tego w sposób przesadnie dydaktyzujący. Pokazał to już wcześniej w „Cichej nocy” (2017), lecz tam wyraźnie stronił od jasnego wyznaczenia dwóch biegunów „ten dobry” i „ten zły” Polak. Opowieść wigilijna Domalewskiego punktuje nasze najbardziej błahe przywary, ale nie brakuje w niej także i momentów uwznioślających, przez co obraz polskości rysuje się nie tylko w barwach czerni i bieli.

Oba filmy, zarówno „Cicha noc” jak i „Hiacynt”, są dziełami ważnymi.

One nie mają pokazywać siedzących w nas problemów en face. One mówią, że to, w jaki sposób będziemy postrzegać otaczającą nas rzeczywistość w gruncie rzeczy zależy od tego, jak bardzo wewnętrznie będziemy otwarci na dziejące się na naszych oczach zjawiska. A otwartość prowadzi do ostatecznego zrozumienia. Zrozumienia tego, że każdy z nas jest osobnym bytem, co prawda oddziałującym na siebie wzajemnie, ale czyniącym najlepiej to w momencie, gdy nie wsadza swojego nosa w sprawy z nim niezwiązane. Ot, stoicyzm w czystej postaci!

Tego życzę sobie i wam w te święta.