Niechlubna karta historii – „Słudzy”, reż. Ivan Ostrochovský

Czarno-biały świat Ivana Ostrochovskiego nie podlega łatwym kategoryzacjom. Słudzy stają się hermetyczną opowieścią o utrzymywaniu się na powierzchni w rzece pełnej politycznych wirów i mielizn. To historia relacji Kościoła i reżimu w czasach zimnej wojny, która przyjmowały różne oblicza: od haniebnej współpracy po chlubną opozycję. Czeski reżyser bierze na warsztat trudny temat i wyciąga z niego smutną i brutalną poezję.

Zanim jeszcze pojawi się obraz, słyszymy urywki rozmów agentów. Jakie mają zadanie? Kto jest w niebezpieczeństwie? Dlaczego?

Potem przychodzą ujęcia samochodu przemierzającego nocne pustkowie. Widzimy wiadukt, zbrodnię - trochę to inaczej wygląda niż w "Zagubionej autostradzie" Davida Lyncha, ale od razu wnosi do sali kinowej ten sam niepokój i grozę. Z kolei czarno-białe kadry, wystylizowane i precyzyjnie zaplanowane, aktorsko zainscenizowane co do milimetra, natychmiast przynoszą skojarzenia z "Idą" - tym trafniejsze, że akcja rozgrywa się w innym kraju, ale w tym samym ustroju, a współscenarzystką jest Rebecca Lenkiewicz, która wcześniej pracowała z Pawłem Pawlikowskim. Noir w swoich założeniach miało pokazać upadek wartości i przejrzystości powojennego świata, podobnie rzecz ma się tu. Bratysława roku 1980 jest niepokojąca, pełna przegranych i pustych ludzi, wykonujących to, czego się od nich oczekuje, bo nic innego nie umieją robić.

Juraj (Samuel Skyva) i Michal (Samuel Polakovič) przybywają do seminarium w Bratysławie. Trafiają w sam środek politycznych zawirowań, gdzie duchowna rzeczywistość rozpada się na dwie frakcje: współpracującą z władzą organizację Pacem in Terris oraz opozycję, która po kryjomu wysyła listy do Watykanu czy informuje Radio Wolna Europa o sytuacji w Kościele. Młodzi mężczyźni będą musieli stawić czoła nowym wyzwaniom, zweryfikować swoje poglądy i walczyć o swoją moralność w dwuznacznej rzeczywistości.

Precyzyjny scenariusz, który reżyser napisał m.in. wraz z Rebeccą Lenkiewicz, współscenarzystką Idy,  klarownie i jednoznacznie ukazuje, jak bardzo niebezpieczne jest połączenie państwa z Kościołem.

Bo kiedy te dwie instytucje, mające zakusy, by kontrolować jednostki, połączą siły, dochodzi do przerażających wynaturzeń. Film przedstawia przerażający obraz tego, jak żądza władzy – czy to w przypadku państwa, czy Kościoła, ogranicza ludzką wolność, próbuje ograniczyć umysły. Film jest bardzo aktualny również i z innego powodu. Świetnie pokazuje inną zmorę Kościoła dzisiejszych, ale i dawnych, czasów. To mianowicie, że ochrona instytucji ważniejsza jest od człowieka, od jednostki. Ukazuje też, jak trudny jest opór we wszelkiego rodzaju zhierarchizowanych instytucjach. Unaocznia też stosowaną i dziś taktykę odwracania kota ogonem.

Ostrochovsky przygląda się tych etycznym konfliktom oczami tych, którzy nie są skażeni politycznym cynizmem. Dzięki temu udało mu się uchwycić ludzki wymiar tego konfliktu – dzięki czemu trudno jednoznacznie skazywać osoby z obu stron na jednoznaczne potępienie. Jednocześnie odgrzebuje nierozwikłany konflikt sprzed lat, który wydaje się rezonować również współcześnie – bo zawsze jest jakaś władza, zawsze są kompromisy i sumienie, które musi odnaleźć własną drogę.