Męskość w kinie

Mężczyźni w kinematografii pojawiali się nie tylko jako bohaterowie, ale również jako twórcy. I to głównie oni zawładnęli światem Hollywood, przeprowadzając widzów za rękę przez początki kina, Złotą Erę aż do czasów nam współczesnych, w których, choć niewiele więcej mamy silnych kobiet, ich liczba wzrasta. To mężczyźni rządzili trendami pojawiającymi się na wielkim ekranie, a co za tym idzie, tworzyli wzorce męskości i nie-męskości, narzucając dyskurs, który był receptą na sukces. Spojrzenia mężczyzn na kobiety i kobiet na mężczyzn zostały wręcz zinstytucjonalizowane.

Laura Mulvey w swoich pracach zauważa, że kobiety były traktowane jako obiekt typowo erotyczny, filmowane fragmentarycznie, fetyszyzowane jako niewinne ofiary, ale również jako silne femme fatale. Przyczyna takiego stanu rzeczy leżała, według niej, po stronie patriarchalnego modelu społeczeństwa, w którym to mężczyzna był na tyle silny, aby przeciwstawić się komunizmowi. Męskość wiązała się z fizyczną wyższością kobiety nad mężczyzną.

W 1921 roku jednak Rudolph Valentino, ze swoją egzotyczną, chłopięcą urodą zachwycił widzki swoją delikatnością i emocjonalnością, a także zmysłowością, którymi kusił w scenie z Czterech jeźdźców Apokalipsy (The Four Horsemen of the Apocalypse, reż. Rex Ingram, 1921) tańcząc tango, określane w kulturze jako taniec “brudny” i pełen seksualności. Odpowiedzialność za tę scenę ponosi scenarzystka filmu, która wplotła ten wątek, ukazując mężczyznę jako obiekt czynnego spojrzenia kobiety, do tej pory zmuszonej zaspokajać się jedynie byciem oglądaną. June Mathis sprzeciwiła się narzuconemu stereotypowi mężczyzny, żeby dać do zrozumienia, jak ważna jest rola kobiet nie tylko jako ozdób, ale również jako patrzących, partycypantek kultury. Jest to jednak zaspokojenie chwilowe, częściowe, niepełne, bo jest jedynie wyjątkiem wśród morza kobiet, które wciąż były seksualizowane i wypierane jako podmioty, traktowane wciąż jako przedmioty, niezdolne do uzyskania pozycji osób obserwujących. I wśród twórców niewiele jest przedstawicielek kobiecego spojrzenia, dlatego decyzja June Mathis o ukazaniu mężczyzny jako obiektu i odwróceniu ról, jest tak kluczowa. Pokazuje, że mężczyźni mogą być silni i prezentować wartości typowo władcze, ale również mogą być delikatni i emocjonalni, czyli wykazywać cechy do tej pory utożsamiane z kobiecością. Jak się okazuje, ten zabieg ukazał potrzeby żeńskiej części społeczeństwa.

Valentino stał się ucieleśnieniem marzeń kobiet, które, zakochane w gwiazdorze, wysyłały mu wiele listów miłosnych i były zaangażowane w jego prywatne życie. Być może na jego popularność wpłynęły jego włoskie korzenie, dzięki którym dla amerykańskiej widowni był zjawiskiem egzotycznym. Ten egzotyzm, w połączeniu z seksualną łagodnością, zapewnił mu sławę w Hollywood pełnym mięśni i brutalności.

Rudolf Valentino

Dominującym typem mężczyzny w latach 50-tych był żywiciel rodziny, często prezentujący się w szarym garniturze, który rezygnuje z osobistego rozwoju na rzecz pracy w korporacji w celu utrzymania żony oraz dzieci w wielkim domu na przedmieściach. Są to często mężczyźni zmęczeni, “męczennicy”. W kontekście takiego modelu mężczyzny możemy zauważyć, że może nie jest już silnym wybawicielem kobiet, ale staje się wybawicielem w bólu, oczekującym podziwu i nie uzyskującym go. W takim przypadku tradycyjny wzorzec męskości zostaje skompromitowany i ukazany jako słaby, ale nadal kluczowy w życiu kobiety, która może nie poradzić sobie bez niego. Jednak i tutaj pojawia się wyjątek. Marlon Brando uosabia sobą jednocześnie tak zwany “wiek klaty” (pokazywanie mężczyzn na ekranie bez koszulek) oraz grę w stylu „mokrego podkoszulka”. Jest męski i delikatny jednocześnie, reprezentuje sobą mafię chłopców, czyli niebezpieczne postaci, stanowiące zagrożenie, ale jednocześnie o typowo chłopięcej urodzie, łączące brutalność z subtelnością. Chłopcy byli kojarzeni z kobiecością, niedojrzałością do roli mężczyzny.

Marlon Brando wyposażony w chłopięcą twarz i umięśnione ciało łączył w sobie dwa modele męskości. Dodatkowo, filmowany był w sposób zarezerwowany wcześniej dla postaci kobiecych, co było zapośredniczeniem dla czynnego spojrzenia kobiecego. W Tramwaju zwanym pożądaniem w scenie, w której Stanley, grany przez Brando, poznaje Blanche, widzimy go jak rozbiera się po pracy. Ściąga z siebie kurtkę, ukazując umięśnione ciało, ukryte pod mokrą od potu koszulką, dodatkowo dotykając niepostrzeżenie swojego ciała, jakby dla zachęty. Nonszalancko żuje gumę, niczym znudzony rozmową chłopak, a kiedy ściąga z siebie koszulkę, Blanche pochłania go spojrzeniem, na początku nieśmiałym, jednak coraz bardziej pełnym podziwu dla pociągającego ciała niemal nastolatka. Jego dominująca pewność siebie jest pociągająca dla znajdującej się w nowej sytuacji Blanche. I taką Blanche mogły być wszystkie kobiety, nieprzyzwyczajone do bycia traktowanymi jako poważne towarzyszki w czerpaniu wizualnej przyjemności. Mogły być lekko zdezorientowane, i spoglądać na ciało Stanley’a ukradkiem niczym Blanche, ale szybko odnajdując się w roli równej mężczyznom. Brando sam przyznał, że obsadzenie go właśnie w roli Stanley’a sprawia, że żeńska część widowni pała do niego sympatią, a cechy, które posiada, takie jak wybuchowość, promują chłopięcy, niedojrzały wizerunek mężczyzny.

Marlon Brando

Robert Mitchum w Przylądku strachu (Cape fear, reż. J. Lee Thompson, 1962) również obnaża swój tors, jednak tym razem mężczyzna jawi się jako źródło strachu bohaterki, a nie obiekt pożądania. Utożsamiany jest z siłą, która podporządkowuje sobie kobietę, tworząc z niej przedmiot uległy, nie równy. Paul Newman natomiast w filmie Hud, syn farmera (Hud, reż. Martin Ritt, 1963) swoim pociągającym wyglądem odciąga uwagę widzek od niecnych czynów, których dopuszcza się grany przez niego bohater, sprawiając że kobiety na widowni zafascynowane są przemocą. Jest to znak, że kobiety nadal nie do końca były przyzwyczajone do autonomiczności swoich potrzeb, znajdując obiekt westchnień w bohaterze, który dopuszcza się gwałtu.

Współcześni bohaterowie męscy bardzo często ukazywani są fragmentarycznie, ze skupieniem na walorach estetyki ich ciała, zapewniając uciechę sfeminizowanej widowni. Dominują bohaterowie o dużej muskulaturze, skupiający się na własnym ciele i dumni z osiągnięć fizycznych. Tacy bohaterowie to na przykład cały szereg superbohaterów, pojawiających się regularnie na wielkim ekranie. Jednak co jakiś czas pojawiają się kolejne wyjątki, swego czasu był nim Leonardo DiCaprio jako chłopiec z delikatną urodą w Titanicu (Titanic, reż. James Cameron, 1997), a od kilku lat takim wzorem chłopca jest Timothée Chalamet, który potrafi pokazać w swojej grze zarówno nonszalancję jak i skrajne uczucia.

Leonardo DiCaprio

Męskość w kinie ewoluuje, ale robi to bardzo powoli, najczęściej trzymając się utartego schematu, który pasuje każdemu, bo nie narusza status quo. Jednak próby przełamania takiego stanu rzeczy okazują się bardzo często strzałem w dziesiątkę i obrazują pragnienia damskiej części widowni, skupiając się na ich potrzebach i chęciach. Już nie tylko mężczyźni są aktywnymi widzami, również kobiety mogą znaleźć w kinie przyjemność z patrzenia, typowo estetyczną, niepodyktowaną aktualnie panującym w społeczeństwie przyzwyczajeniem, według którego kobieta ma stać w cieniu mężczyzny. Teraz kobieta wychodzi z cienia jako oczekująca widzka i dzięki temu wizerunki męskości mogą stać się bliższe realnym wzorcom. Być może współcześni mężczyźni przestaną dążyć do niemożliwego ideału, a spojrzą na siebie jak na istoty ludzkie, różniące się od siebie i nie będą już zmuszać siebie do ukrywania uczuć, które są dla ludzi tak naturalne.