Loża krytyków – DZIEŃ 6

PRZEJDŹ DO: Intruz | Człowiek, który sprzedał swoją skórę

NA WIARĘ. "EGZORCYSTA" WILLIAMA FRIEDKINA, reż. Alexandre O. Philippe

Lekcja tworzenia kina i lekcja miłości do kina od profesora Friedkina. Nie czuję, kiedy rymuję, za to czuję się szczerze poruszona seansem tego dokumentu o powstawaniu jednego z moich najukochańszych filmów.

Dziadziuś Friedkin ze swoją najdumniejszą i najpyszniejszą opowieścią. Czasem poleci za mocno, ale za bardzo kochasz, żeby mu przerywać.


INTRUZ, reż. Natalia Meta

Fakt, wykorzystuje już dawno zgrany motyw (vide: "Lokator"), ale cóż pocznę, że dałem złapać się za gardło i uciekać chciałem jedynie w głąb siebie. Chwała mi za to, że obejrzałem na słuchawkach, bo dźwiękowo i muzycznie dzieją się tu rzeczy niebywałe.

Kwestie seksualności i płci w horrorowym anturażu. Jest trauma, jest toksyczny związek, jest apodyktyczna matka o odczłowieczonej przez operacje plastyczne twarzy, ale upiorna warstwa dźwiękowa, senne mary przechodzące na jawę i elektromagnetyczny egzorcyzm obiecują znacznie więcej niż ,,Intruz” ostatecznie ma do zaoferowania.

Twórcy chcieli nakręcić horror, choć nie umieją szokować i straszyć. Chcieli stworzyć dzieło psychologiczne, choć drugie dno jest tutaj ledwie dziurawą tekturką. Szkoda, bo aktorka i śpiewaczka, nad której głosem przejmuje kontrolę paranormalny byt, to materiał na pierwszorzędne kino grozy; aż boli zmarnowanie "strachogennego" potencjału tego pomysłu (zwłaszcza w warstwie audio).

Hamujący w pół drogi koncept, który celuje gdzieś w „Blow Out”, a kończy jako fuck up.

CZŁOWIEK, KTÓRY SPRZEDAŁ SWOJĄ SKÓRĘ, reż. Kaouther Ben Hania

Brakuje tu bezlitosnego, ale pełnego ostrego humoru spojrzenia Rubena Ostlunda z "The Square". Zamiast tego mamy opowieść o sztuce współczesnej ku pokrzepieniu serc - co raczej się wzajemnie wyklucza...

Wystarczyła chwila, bym zaczął myśleć, że oto oglądam najlepszy film FKA; wystarczył kilkuminutowy finał, bym zachodził w głowę, czy twórcy w ogóle wiedzieli co nakręcili. Ale całość trzyma w napięciu, ciekawie podejmuje temat godności, stanowi też udaną myślową kontynuację "The Sqaure", więc i tak uznaję to za pozycję obowiązkową.

"Człowiek, który sprzedał swoją skórę" to ważne spojrzenie na kwestię uchodźców, polityki i świata sztuki. Wciągający dramat i poruszająca krytyka, która traci na powierzchownym i bajkowym finale.

Świetny koncept, który daje twórcom duże pole do popisu. Stawia ważne, szczególnie w obecnym kontekście, pytania o postrzeganie "obcego" i kulturowy status migranta - w "wolnościowym" ideologicznie i gospodarczo świecie akceptowanego jedynie wtedy, gdy traktuje się go jako produkt lub siłę roboczą.

Kryzys na Bliskim wschodzie i losy uchodźców wrzucone w fabułę rodem z ,,Kiedy byłem dziełem sztuki” Schmitta. Tylko zamiast uwierającego europejskie sumienie komentarza na temat rasizmu i ksenofobii albo ostrej krytyki zblazowanych artystycznych wyższych sfer, dostajemy stereotypy bez cienia ironii, przewidywalną historię pozbawioną emocjonalnego ciężaru i rozczarowujący rozciągnięty do bólu finał. Bardziej od powagi i aktualności tematu, poruszył mnie mój obojętny stosunek wobec bohaterów.

Stawia sporo inspirujących pytań o granice sztuki i jej przynależność do humanistyki.

Świat sztuki sam jest swoją najlepszą satyrą. "Człowiek..." został oparty na prawdziwej historii mężczyzny, który sprzedał swoje plecy pewnemu belgijskiemu artyście.

Świetny jest tutaj wątek człowieka jako dzieła sztuki i dylematów z tym związanych, ale twórcy chcą w tym filmie upchać jeszcze więcej, i więcej pomysłów, i w końcu tracą to, co w nim najlepsze.