Loża Krytyków – DZIEŃ 2

PRZEJDŹ DO: Moje wspaniałe życie | Pleasure | Tarantino: Bękart kina | Na rauszu

ZABIJ TO I WYJEDŹ Z TEGO MIASTA, reż. Mariusz Wilczyński

Wilczyński osiągnął tak niewiarygodny poziom intymności, że nagle to, co indywidualne, staje się uniwersalne. Jego uczucia i wspomnienia stają się naszymi, a jego wyobraźnia przez te kilkadziesiąt minut przysłania naszą. Ten film wskrzesza zmarłych: i to nie tylko najbliższych twórcy, ale zza grobu przemawiają również artyści, ale może przede wszystkim - Łódź. Miasto i ludzie, których nosi w sercu Wilczyński, już przeminęli, a mimo wszystko trwają, bo nie da się ich zabić i wyjechać z tego miasta.

Od osobistej historii do zbiorowych, przenoszonych z pokolenia na pokolenie traum - Woland z Wilczyńskim przybywają do szarej, komunistycznej Łodzi i wspólnie montują najlepszy polski film ostatnich miesięcy.

Świetne wykorzystanie potencjału animacji do oddawania pracy pamieci. Nieaspirująca jak sami bohaterowie, "słaba" kreska, sprawdza się do mówienia o duchach PRLu świetnie. Łódzki spleen pełną parą.

Wagony PKP, osiedlowe sklepiki i szare mieszkania jako rezerwuary zgniłych miłości i pięknych nienawiści. Nigdy wcześniej chamska baba z rybnego nie była tak odpychająca i godna przytulenia zarazem jak u Wilczyńskiego.

Błądzenie po labiryncie wspomnień. Film jak sen, w którym wrażliwość oswaja ponure ulice.

Wilczyński zawsze był mistrzem krótkiej formy, dlatego swój pełny metraż też splata z mniej lub bardziej oderwanych znakomitych miniatur. Połączone raczej klimatem i estetyką niż dramaturgią, niestety nie wznoszą się wyżej, stanowiąc prostą sumę składowych.

Utknąłem wraz z autorem, gdzieś między przeszłością, wspomnieniem, a fantazją. I wcale nie chcę wyjeżdżać.

Bardzo osobista podróż Łodzią w dół rzeki wspomnień, której koryto wije się i zatacza pętle wokół tych najbliższych autorskiemu sercu. Oniryczna animacja, piękna muzyka Nalepy i moje miasto brudne i paskudne, czyli prawdziwe - jak życie.

Film pod każdym względem wyjątkowy. Każdy kolejny jego seans to piękna, wzbogacająca podróż.

MOJE WSPANIAŁE ŻYCIE, reż. Łukasz Grzegorzek

Ciekawostka: w przestrzeniach małych miast czy mieszkań trudno pomieścić ze sobą dwa życia, kilka pogróżek i jeden mętlik w głowie. bardziej doprawiony niż "Zupa nic", ale ja chyba wolę gdy Braciak gra w tenisa. na pewno warto dla Emade i roli Buzek.

Ten rok należy do słodko-gorzkich komedii o wielopokoleniowych polskich rodzinach. Była „Czarna owca, „Zupa nic”, a teraz film Grzegorzka. Twórca uważnie studiuje dwuznaczną postać Agaty Buzek, magnetyzującą widza ekranową charyzmą. Ale jej talent to za mało, aby w tej pięknie oświetlonej impresji na temat kryzysu wieku średniego, odnaleźć coś więcej niż ulotną chwilę, o której, już teraz wiemy, że za tydzień ją zapomnimy.

Kolory! Scenografia, kostiumy i zdjęcia łączą się w gamę wiosennych barw, od których nie chce się oderwać oczu. A jednak na kontraście do pastelowej powłoki kryje się tu codzienna tragedia niespełnienia i wątpliwych wyborów. Jest zabawa konwencją, jest humor, teledyskowy montaż i muzyka Emadego. O ile frywolność i doza szaleństwa sprawdzają się w kreacji świata, o tyle jest ich ciut za dużo w scenariuszu, który dramaturgicznie idzie na skróty, urywa wątki i trochę się nie spaja.

Kino pocieszenia, którego wszyscy potrzebujemy. Zaiste wspaniałe!

Kino Grzegorzka znów udowadnia, że jest w Polsce miejsce na takie filmowe historie bliskie człowiekowi - czasami bliższe, niż chcemy się przyznać. Lek i na apatię, i na irytację, szczególnie dla tych, którzy choć raz ostatnio pomyśleli ironicznie "jakie to moje życie wspaniałe".

Piekło to inni.


PLEASURE, reż. Ninja Thyberg

Bardziej intensywny porno-remake „Sweat” z całym tym młodzieżowym kramem w soundtracku (Yung Lean itp.) i w obrazku (neony itd.) czyli z wszystkim tym, co chcę wraz z kinem wchłaniać. Pleasure? Yes, it is!

To nie był przyjemny seans, ale takim miał nie być. Branża porno bardziej przyzwoita od ludzi podążający po trupach na szczyt.

Bezkompromisowy portret biznesu pornograficznego od środka. Film zaskakuje, przyciąga, odpycha i wywołuje szereg innych emocji. Wyjaśnia też dlaczego warto być przyzwoitym człowiekiem.

Struktura narracyjna dość konwencjonalna (przetrącająca moralny kręgosłup wspinaczka na szczyt), ale uderzający realizm portretu branży porno robi wrażenie.

TARANTINO: BĘKART KINA, reż. Tara Wood

Kinowy geek + kumpel na planie + geniusz kina autorskiego + entuzjasta dobrej zabawy = panegiryk na cześć reżysera, próbujący zatuszować wszelkie kontrowersje z subtelnością równą tej, z jaką Tarantino przedstawiłby scenę mordobicia.

Duch Weinsteina unosi się nad Tarantino. Radosna celebracja pasji tworzenia, którą pod koniec spowija mrok skandalu Harveya Weinsteina.

Z opowieści kilku osób należących do tarantinowskiej, filmowej rodziny wyłania się obraz artysty, przyjaciela, profesjonalisty i w końcu - a może nade wszystko - wielkiego fana X muzy. Choć filmowi brak równowagi, bo nie usłyszymy i nie zobaczymy tu nic oprócz superlatyw na temat Quentina Tarantino, to i tak niezwykle ciekawie jest posłuchać o sposobie pracy tego geniusza kina.

NA RAUSZU, reż. Thomas Vinterberg

Zmrożone smukłe kieliszki i wódka, o której jakości kelner snuje opowieść - nigdy wcześniej czterdzieści procent na ekranie nie wyglądało tak estetycznie i tak smakowicie (no może poza "Żółtym szalikiem"). Wielka pochwała życia. Picia także, ale tylko wtedy, kiedy ma się poukładane życie. Skål!

Tańczyć z Madsem w porcie. What a life <3

"Takie są skutki picia wódki". Ciekawa, wielobarwna opowieść, potrafiąca uderzyć w różnorodne tony i struny. Doskonały Mads Mikkelsen.

Bo pić to trzeba umić - ot, cała lekcja płynąca z filmu.

Mads, tańcz jakby miało nie być jutra.