Comfort Movie – aktywator dobrego nastroju

Co robimy w ukryciu i Mała Miss to wspomnienie letnich pokazów plenerowych z rozchichotanymi znajomymi i cydrem. The Florida Project jest słodką ucieczką do beztroski w blasku słońca Wschodniego Wybrzeża. Zakochana Złośnica to poziom 10/10 w skali odprężenia (z czego 9 punktów to oczywiście śpiewający Heath Ledger), a dzięki soundtrackom z Radio na fali i 500 dni miłości radośnie podryguję cały dzień. Dialogi z animacji Na fali znam niemal na pamięć i recytuję je w myślach w momentach zwątpienia. 

Te i wiele innych tytułów tylko czekają na moment by przywołać je z pamięci - przypadkowe sceny stają przed oczami nagle, najczęściej w stresujących sytuacjach i w chwilach obcowania ze skrajną głupotą ludzką. Wyłaniają się spośród wzburzonych myśli tuż przed ostatecznym uderzeniem lawiny obowiązków. Mój zmęczony umysł chwyta się ich jak ostatniej deski ratunku. Plan powtórnego seansu otula jak ulubiony sweter, dając opary motywacji, na których można przetrwać do końca dnia.

Nie istnieje jedna definicja comfort movies. Mogą być filmowym odpowiednikiem babeczki z owocami lub kubka gorącej kawy, kąpielą z bąbelkami lub zanurzeniem w oceanie.

Są miękkim szlafrokiem, najwygodniejszym dresem albo kimono. Potrafią natchnąć do nucenia pod nosem motywów przewodnich albo do wykonywania ukradkowych piruetów na klatce schodowej. Sprawiają, że po ciele rozchodzi się fala błogości, rozluźniają mięśnie i wyrównują zmarszczki na czole. 

Comfort movies dla każdego oznaczają coś innego - komedie romantyczne z lat 90-tych, teen movies, horrory, klasyczne musicale. Przykłady różni od siebie niemal wszystko, co reprezentuje sobą sztuka filmowa. Stanowią miszmasz gatunków, estetyki, nastrojów, budżetu, umiejętności twórców - to najprawdopodobniej jedyna kategoria, w której ramię w ramię stoją Audrey Hepburn i Jean Claude Van Damme, Steven Spielberg i Tommy Wiseau. Dla jednych to poszukiwania zaginionej arki albo powroty do przyszłości, dla innych spacer po dziale dodatków magazynu ,,Runway” za panowania Mirandy Priestly lub taniec z Patrickiem Swayze do Time of my life. Comfort movie to kinowy eskapizm w czystej postaci, oczyszczające z problemów zanurzenie w filmowej diegezie bez cichego głosu krytyka z tyłu głowy wytykającego scenaruszowe błędy i bez echa społeczno-politycznych kontekstów. To energetyczna pożywka dla znużonych nijaką, ponurą rzeczywistością. To kino pocieszenia - filmy, które przytulają, głaskają po głowie lub przybijają piątkę - amulety chroniące nas przed zszarganiem nerwów i złą energią, stojące na straży spokojnego snu i wewnętrznej harmonii.

Dotąd mówiliśmy o nich z zawstydzeniem. Zamiast eksponować nasze imponujące obeznanie w zakresie kinematografii, bogatą wiedzę pozafilmową i szeroko rozumiane kulturalne obycie, comfort movies odsłaniały nagą prawdę o naszych gustach, poczuciu humoru, aktorskich crushach, wreszcie o odbiorczej przyjemności, wynikającej z obcowania nie z dziełami mistrzów, ale z chwytliwą historią lekką niczym obłok. Już za zaczerpniętym z języka angielskiego słowem komfort kryją się przecież pojęcia i stany opozycyjne zarówno wobec martyrologii polskiej kultury, jak też wobec wszystkich dzieł polemizujących  z tradycją. 

Komfort, którego słownikowa definicja brzmi: ,,Ogół warunków zewnętrznych zapewniających człowiekowi wygodę” lub ,,stan zaspokojenia potrzeb fizycznych i psychicznych”, w kontekście ukształtowanego nad Wisłą etosu brzmi jak synonim tchórzliwego występku. Wśród widzów otoczonych przez pokryte ciałami bohaterów ołtarze ojczyzny i rozdarte szaty broniących kraju własną piersią, spokój ducha i dobre samopoczucie okazują się więc źródłami poczucia hańby. Z drugiej strony dla współczesnych twórców, którzy dekonstruują narodowe mity, zakażając polskie rany wojenne błotem teraźniejszości i przetaczając pokonanym wódkę zamiast krwi, harmonia i ład leżą daleko poza obszarem zainteresowań. 

To, co nie boli, nie uwiera ani nie wywołuje podniosłych porywów serca zasługuje na wzgardę - przymiotnikowi wygodny bliżej do wygodnictwa, relaksowi do próżniactwa, dostastkowi do zbytku - tuż za sensem opisowym czai się sens wartościujący wskazujący na egoizm, lenistwo, brak moralnych oporów. Rozpacz i cierpienie okazują się oznakami normalności, a komfort utożsamiany z luksusem staje się niepotrzebnym ekscesem.

Seanse dalekich zarówno od patosu czy artystycznej doskonałości, jak też od filmowego pozerstwa comfort movies moralnie uzasadniało wręcz jedynie zabijanie czasu podczas prasowania. Następnie trafiły do pojemnego worka z metką guilty pleasures, by w ciągu ostatniego roku z filmowego zaplecza wywindować na miejsce honorowe. Rozrywka płynąca z comfort movies, w końcu wyzwoliła się z poczucia winy, przeobrażając się w element trendu na szeroko pojęty self care. Seanse stały się wyrazem troski i opiekuńczości względem samych siebie, pełniąc rolę terapeutyczną. Bo comfort movies mają oderwać nas od ziemi, uwolnić z łańcuchów zimnego oczytania i surowego krytycyzmu, oferując uczucie radosnego bujania w pastelowych chmurach.

Kojąca moc filmowych pocieszycieli wynika z nostalgii. Dzieląca życie na strefy, fragmentaryczna współczesność, przytłaczający ogrom możliwości, mobilność i wszechobecne ,,wszystko jest możliwe” nieustannie wybijają z poczucia ciągłości relacji z ludźmi i miejscami. W kontrze do teraźniejszości i pędu przez labirynt zmiennych okoliczności, źródłem ukojenia jest swoisty powrót do korzeni - do filmów zapamiętanych z dzieciństwa i czasów dojrzewania. Seanse przywołują obrazy z przeszłości, przypominają sytuacje, miejsca, ludzi, uczucia, zmysłowe doznania z nimi związane. 

Comfort movies zabierają nas do miejsc, gdzie chcielibyśmy się znaleźć, do minionych chwil, do których chcielibyśmy wrócić, do wyśnionych szczęśliwszych czasów.

Przedstawione na ekranie światy odpowiadają więc schematom baśni, powieści awanturniczych lub zawierają atrybuty charakterystyczne dla filmowego gatunku. Serwują nam lekkostrawną wprawiającą w dobry humor ucztę złożoną z ulubionych ekranowych przysmaków.  W filmowych realiach wszystko idzie zgodnie z naszymi oczekiwaniami, rzeczywistość jest uładzona i gładka, wyzuta z przyziemnej nudy i chropowatości obowiązków - wszystko jest prostsze, podporządkowane podziałowi na dobro i zło, zorganizowane w ramach ciągu przyczynowo-skutkowego. Zoo na odległej wyspie zamieszkują dinozaury, wagary Ferrisa Buellera zyskują status legendy, niezdarna Bridget Jones musi wybrać między niebieskooką ikoną brytyjskich komedii a dżentelmenem w garniturze. 

Filmowe uniwersum przypomina świat widziany oczami dziecka: pełen dziwów, magii i widowiskowości. To dziecięce spojrzenie rozprzestrzenia się na formę filmowych opowieści spod znaku kina pocieszenia. Diegetyczna rzeczywistość choć często pełna dziwów i nieznanych nam zagrożeń, zdaje się puchata niczym wata cukrowa i słodka jak lody truskawkowe, postaci zamieszkują domki dla lalek, pastelowy puder pokrywa wszystkie skazy i niedoskonałości, a wszelkie niebezpieczeństwa to tylko pretekst do niezwykłych przygód. To świat kompletny, bez zaskoczeń i gwałtownych zwrotów akcji, bez ostrych krawędzi, gdzie nawet kolory nie rażą, ani nie rozsadzają diegetycznej harmonii. 

Ta skończoność świata objawia się też akcentowaniem relacji między bohaterami i przedmiotami. Scenografia daleka zarówno od miejskiej, surowej infrastruktury korpo-wydajności, jak również od powagi i dostojeństwa architektury minionych epok jest pełna punktów orientacyjnych, pozwalających widzowi stworzyć dokładną mapę, umożliwiających ,,zadomowienie się” w fabularnej krainie. Przedmioty zamieniają się w istotne dla akcji atrybuty - wężową kurtka Nicolasa Cage’a zostaje symbolem ,,wolności i niezależności jednostki”, dla małego kosmity telefon staje się oznaką tęsknoty za domem, a kamera wygrana wraz z biletem do Cannes na loterii jest początkiem wielkiej francuskiej włóczęgi Jasia Fasoli. 

Te odrębne światy wypełnione symetrią i wysublimowaną paletą kolorystyczną to wyznaczniki plastycznej wyobraźni Wesa Andersona, którego nazwisko w kontekście comfort movies pada wyjątkowo często. Jego twórczość ,,odchylona o pięć stopni od rzeczywistości” jak twierdzi sam reżyser, jest doświadczeniem bardziej estetycznym, niż rozumowym. Dalekie od surowości realizmu Grand Budapest Hotel lub Kochankowie z księżyca są jak mechaniczne zabawki o skomplikowanej aparaturze - łączącą czar wyjątkowości z domieszką staroświeckiej melancholii. Kinematograficzne sztuczki wprawiają w zachwyt, a ekscentryczni bohaterowie podbijają serca. Bajeczne, odrealnione opowieści Wesa Andersona jako comfort movies spełniają wszystkie oczekiwania - świeży urzekający pomysł doprawiony jest szczyptą ironii, melancholię równoważy wdzięczna, unikatowa forma, a zamiast emocjonalnego rollercoastera przynoszą ogrszewającą serce błogość.  

Comfort movies nie stawiają przed nami wysokich poprzeczek emocjonalnych ani psychicznych. Napisy początkowe są zaproszeniem do zanurzenia się w najbardziej wygniecioną, najulubieńszą część kanapy i oddania się we władanie ekranowej magii. Oglądanie kina pocieszenia to rodzaj rytuału - konkretne tytuły wprowadzają nas w określony nastrój, bohaterowie prowadzą nas z powrotem do siebie, pomagają odnaleźć drogę do wewnętrznego spokoju i wyzbyć się negatywnych emocji. Comfort movies oczyszczają nas z brudu rutyny i obowiązków, pozwalają puścić wodze fantazji o buntowniczych zrywach, romantycznych zbiegach okoliczności, wreszcie czerpać satysfakcję z bezsensownej, stylizowanej przemocy na ekranie. Comfort movie nie ocenia, nie krytykuje, nie wątpi. ,,Ty druha we mnie masz” - nuci do ucha.